Co zabieram w podróż?

Written by on Czerwiec 17, 2016

vw-camper-336606_1280

Jestem przekonana, że większość ludzi dokładnie planuje swoje urlopy. Począwszy od terminu, miejsca, po listę zakupów i tego, co ma się znaleźć w bagażu. Ba, znam takich, którzy nie lubią wyjeżdżać właśnie przez stres związany z pakowaniem.

Sama lubię być dobrze przygotowana do rozmaitych wojaży. A z racji tego, że często wyjeżdżam w miejsca, gdzie dokupienie czegokolwiek może być trudne – dokładnie sprawdzam czy wszystko zabrałam.

Pewnych rzeczy jednak przed wyjazdem sprawdzić nie można. I dopiero na miejscu następuje konfrontacja z rzeczywistością.

Bo co warto mieć?

Luz.

Umiejętność odpoczywania wbrew pozorom jest trudna.

Zostawić w domu wszystkie zmartwienia, plany w trakcie realizacji, pracę, czekające na nas obowiązki to spore wyzwanie. Zazwyczaj się udaje, ale sami przyznajcie, że na parę dni przed końcem dwutygodniowego urlopu. Zdarzało Wam się zaraz po przyjeździe na wymarzony urlop miewać koszmary? W ten sposób umysł oczyszcza się z nadmiaru gromadzonych informacji, zrzuca z siebie obciążniki codziennych zadań i im więcej mamy w głowie ciśnienia tym dłużej to trwa. Kosztem urlopu. W skrajnych przypadkach nie odpoczywamy w ogóle, bo myślami jesteśmy przy naszych must to do i czujemy wewnętrzne rozdarcie między potrzebą odpoczynku a nieumiejętnością wyegzekwowania go od samego siebie.

Jak zatem przygotować się do wakacji? Optymalnie byłoby zakończyć wszystkie ważne zadania przed wyjazdem, nie odwlekać trudnych decyzji w myśl zasady – przemyślę to na urlopie i dbać o równowagę wewnętrzną każdego dnia. To jak z maratonem – jeśli planujesz w nim wziąć udział trenujesz regularnie i wiesz mniej więcej na co Cię stać. Nie przychodzisz biegać po roku nic nie robienia, skostniały od pozycji siedzącej. Taki maraton mógłby się dla Ciebie nieprzyjemnie skończyć. Wybranie się na wakacje bez wcześniejszego zadbania o nasz luz psychiczny to jak odkręcenie zapowietrzonego kaloryfera. Czy wiesz, że patrzenie na zieleń przez 20 min powoduje spadek kortyzolu o 13,4% ?[i]

forest-505856_1280

Ci, którzy mają dzieci mają ułatwione zadanie. No, może nie z pakowaniem. Dzieci przyjmują wakacje z naturalną radością, niezmąconą żadną chmurą. Wystarczy podążać za nimi, poddać się ich rytmowi i czerpać z każdego dnia garściami. Gwarantuję, że wieczorem nie będziecie mieli siły na „zamartwianie się”:)

child-872057_1280

Otwartość

Otworzyć się na inną kulturę, inny sposób myślenia to ciekawy trening dla umysłu i niedoścignione doświadczenie  odczuwania świata. Pamiętam jak przed wyjazdem do Indii czytałam przewodniki, poradniki, relacje osób, które tam były. I wszędzie pojawiał się ten sam wątek : że europejski sposób myślenia się tam nie sprawdza. Ale zaraz, co to jest europejski sposób myślenia? Czy ja w ogóle takowy mam? Bardzo mnie to zastanawiało i jak się okazało na miejscu – konfrontacja z hinduską ścieżką myślową była najciekawszym doświadczeniem podczas całego pobytu. Przyćmiła cudownie piękne kobiety, rozsławiony chaos uliczny, palące słońce, najbardziej bananowe banany świata, małpy grzebiące w plecakach podczas naszej popołudniowej drzemki czy też niezastąpioną gorącą mint tea z rana.

person-690245_1280(1)

Przede wszystkim czas. Ich pojęcie czasu jest nieprawdopodobnie różne od naszego. Myślę, że zegary mogłyby tam nie istnieć i nic by się nie stało. Stragany otwierałyby się o tych samych porach, pociągi odjeżdżały tak jak dotychczas, a Ty zawsze zdążyłbyś na samolot – nawet jeśli masz 5 min do zamknięcia bramek a ochroniarz nie wpuszcza Cię na lotnisko z powodu polskiego znaku w paszporcie. Albo wyobraź sobie, że przychodzisz na pociąg z biletem w ręku ( a kupienie go to też nie lada wyzwanie) i stoisz na peronie o wyznaczonej godzinie i nic. Pustka. Widzisz kłębiące się tłumy trochę dalej i zastanawiasz się, czy z uporem maniaka czekać tam gdzie trzeba ( co w Indiach znaczy tam gdzie trzeba?), czy jednak zaryzykować opuszczenie peronu i udanie się za tłumem. No nic. Ryzykujesz. Właściwie biegniesz. Pytasz czy tutaj zatrzymuje się pociąg do Waranasi. Tak. Tak. Yes, madame. Yes, my friend. I wszyscy to mówią z takim zadziwiającym spokojem, jakby co najmniej tysiąc neonowych tablic obwieszczało tę informację. Zaczynasz coś podejrzewać. Pytasz – czy tutaj zatrzyma się pociąg do Bombaju. Yes madame, yes my friend. Panikujesz. Biegasz z 13 kg plecakiem (jak dobrze, że poszłam w minimalizm) w 40 stopniowym upale i myślisz jak to możliwe – tyle peronów, tyle połączeń, brak informacji. Kapitulujesz, wsiadasz do pierwszego, który podjeżdża razem z całym tłumem wysypanym z delhijskiego śródmieścia i błagalnym wzrokiem pytasz konduktora dokąd ten pociąg. Nie odpowiada, kiwa, żeby przechodzić szybciej. Siadasz na swoim miejscu ( czy aby na pewno?) i myślisz – już nieważne, naprawdę nieważne, siedzę, zaraz ruszymy, zaraz zjem paneer tika masala, zaraz się położę. Nie wiesz jak, ale budzisz się w Waranasi.

Albo siedzisz na dachu motelu i zamawiasz ulubioną gorącą mint tea, idealną na mordercze upały i wykładasz z błogością opuchnięte stopy na haftowanych słoniach i czekasz. I czekasz. Po 45 min już nie czekasz tylko się rozglądasz. Po godzinie myślisz zapomniał. Wołasz. Yes, madame. Oł yes, ukłon w pas. Dostajesz Hot Lemon Tea. I odpowiedź- mint nie było, więc jest Lemon. Nieprzyzwyczajony, że ktoś za Ciebie może wybrać herbatę.

Albo meldujesz się w nowo otwartym hotelu. Nowoczesny design. I myślisz – fajnie, po 2 tygodniach może skorzystam z normalnej toalety, nie lawirując nad stopami słonia, z czystego prysznica i wykrochmalonej pościel. Wow! Wchodzisz do pokoju i już tylko kiwasz z uśmiechem głową. To tylko nasze europejskie pojęcie higieny.

Po przejechaniu sporej części Indii myślisz – a co tam, wezmę wewnętrzny lot, na lotnisku są przynajmniej tablice informacyjne, angielski płynący z mikrofonów i porządek. (nasz europejski porządek, myślisz). Czekasz na swój lot w klimatyzowanej przestrzeni i słyszysz jakiś komunikat. Nic nie rozumiesz. Nie rozumiesz tego twardego R. I znów pytające spojrzenie. I znów tłum zbierający się i udający gdzie indziej. Nauczony doświadczeniem podążasz za nim. Masz bilet z Bombaju do Delhi. I musisz tam dolecieć bo jutro masz lot z Delhi do Helsinek. I wchodzisz posłusznie do samolotu z wielkim migającym komunikatem Destination: Sofia. Bo wszyscy tam idą i nie pytają. Ty już też.

spice-370114_1280

Kupujesz na pendżabskim straganie ajurwedyjskie przyprawy. Toniesz w ferii barw i zapachów. Z pełnym ekwipunkiem lądujesz z znajomej knajpce i zamawiasz zmrożonego Kingfishera. Sprawdzasz czy masz wszystkie sprawunki i wszystkie zakupowe zlecenia znajomych. Okazuje się, że sprzedawca omyłkowo dał Ci kurkumę zamiast szafranu. Wracasz – chcesz wymienić, dopłacić. Spokojnie tłumaczysz. Widzisz, jak sprzedawca płonie, pochyla się i gorączkowo coś mówi. Tłumaczysz, że nic się nie stało, że dopłacisz, właściwie kupisz ten szafran, kurkuma też się przyda. O nie. Tak nie może być. Za nic na świecie. Sprzedawca oddaje Ci wszystkie pieniądze, dorzuca szafran i przeprasza najmocniej na świecie. Musisz mu wybaczyć tę pomyłkę, bo karma do niego wróci. Nie chcesz wziąć tego bo jak to – za darmo, przecież nic się nie stało. No właśnie. Dla Ciebie to nic. Europejczyku.

Elastyczność

Tego nauczyła mnie Birma. Wyposażeni w Lonely Planet, mapy i cały plan wyjazdowy dojeżdżamy do dworca  w centrum Rangunu.  Dworzec rodem z Maroka, więc  uzbrojeni na zapas w cierpliwość, filtry przeciwsłoneczne i kartki z nazwą celu naszej podróży, udajemy się do pierwszej lepszej budki. Oczywiście naiwnie myślimy, że po przejściu pięciu – kupimy bilety. Po przejściu wszystkich – ok 50- już wiemy, że nie. Że dzisiaj nie można kupić biletu do Mandalay, ale można do Bagan. Wyczerpani słońcem kupujemy. Wsiadamy, jedziemy….i zmieniamy cały plan podróży. Gdzieś tam po drodze chcemy jechać do Mrauku. No nie pojedziemy bo wybuchły tam domowe starcia wojenne. I zakres wolności turystycznej nam się zawęża. Kupujemy bilet na trasę, która liczy sobie 78km.  I jedziemy 12h. Dlaczego? Bo droga tak bardzo nie nadaje się do jazdy, ale tutaj to norma. I co zrobisz? Nic. Rozkładasz się najwygodniej jak się da między powciskanymi pasażerami na podłodze, beczkami i słuchając Dalajlamy zastanawiasz się, czy wystarczy Ci wody. Po 10 godzinach słuchania Dalajlamy zastanawiasz się po co Ci  woda.

I tak płyniesz w tej podróży. Poddajesz się wydarzeniom, spotykasz cudownych ludzi i uświadamiasz sobie, że nie poznałbyś ich, gdyby nie ten bilet. Nie zobaczyłbyś tego, gdybyś był tu wcześniej. Nie zrozumiałbyś bez tych 12h medytacji. I tak dalej…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Luz, otwartość i elastyczność pozwalają mi na odbycie podróży nie tylko werbalnie. Poddaję się biegowi wydarzeń, chłonę swobodę i wolność ludzi, których poznaję. Otwieram się na inne sposoby myślenia, bo kto powiedział, że ten „nasz” jest należyty? Rozpakowuje swój minimalny bagaż i ładuję do głowy najwięcej jak się da obrazów, zapachów, słów, dźwięków, emocji, momentów, refleksji. I tylko raz naładowałam sporo innych rzeczy do plecaka kosztem śpiwora. Tak, jestem kobietą. I tak, to były Indie:) No nie mogłam tam zostawić tych naszyjników i olejków do włosów;)

 

 

[i] http://coaching.focus.pl/zycie/witamina-n-czyli-co-zrobic-z-deficytem-natury-158?strona=3


Tagged as , , , , ,



  • W trakcie podróży trzeba być szczególnie otwartym. Nie ważne czy jest to daleka wyprawa, czy weekendowy wyjazd nad jezioro. Trzeba szukać nowych smaków, kultur, małych zakamarków. Takich perełek, zawsze i wszędzie można spotkać coś co nas zachwyci 🙂

    • Poruszasz ważną kwestię:) Wszak nie trzeba wyjeżdżać do Azji, żeby nauczyć się uważności na otaczający świat. Sama lubię weekendowe wypady – moim ostatnim hitem jest Lanckorona, właśnie taka perełka, o której piszesz. A co do nowych smaków to polecam zupę pokrzywową w Zamościu – nigdzie takiej nie jadłam!

    • Marzena Kud/Fitspirit

      Poruszasz ważną kwestię:) Wszak nie trzeba wyjeżdżać do Azji, żeby
      nauczyć się uważności na otaczający świat. Sama lubię weekendowe wypady –
      moim ostatnim hitem jest Lanckorona, właśnie taka perełka, o której
      piszesz. A co do nowych smaków to polecam zupę pokrzywową w Zamościu –
      nigdzie takiej nie jadłam!

  • luz, elastycznośc i aparat 🙂

    • O aparacie nie wspomniałam, bo tym zajmuje się mój mąż;)

  • Kiedy przeczytałam tytuł Twojego wpisu, pomyślałam – acha, kolejny artykuł sponsorowany z pierdółkami od termosu po namiot 😅 Na szczęście spotkało mnie miłe zaskoczenie 🙂 Masz lekkie pióro. Pozdrawiam ciepło!

    • Dziękuję!! haha świetny komentarz. Myślę, że u mnie takiego wpisu nie będzie;)