Dengowy koszmar w Ngwe Saung

Written by on Listopad 14, 2016

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jechaliśmy 22 godziny, choć do przejechania było zaledwie 78 km. I mimo że nasz przewodnik podawał czas podróży, uznaliśmy, że to błąd w tekście. Po 5h jazdy z przerażeniem w oczach rozglądaliśmy się po autobusie pełnym ludzi, walizek, beczek, przewalających się dostawianych plastikowych krzesełek i przełykaliśmy ślinę tak głośno, jak tylko może to robić człowiek zastanawiający się, ile ma wody w plecaku. Upał wymuszał nasze posłuszeństwo, a świdrujące spojrzenia pasażerów skutecznie trzymały nas w ryzach. Po 10h dotarło do nas, że przewodnik się nie mylił. Zresztą, jak Lonely Planet mógłby się mylić? Po 12h jazdy, kiedy kierowca wysypał nas z autobusu jak niezbyt drogocenną zawartość portfela i kiedy oznajmił nam godzinną przerwę, dotarło do nas, że spędzimy drugie tyle, słuchając medytacji, cieknącej z telewizora w nasze skołatane nerwy. Zastanawialiśmy się, czy doba spędzona na wymuszonym poście i medytowaniu z kilkudziesięcioma towarzyszami zrobi z nas mistrzów zen, czy dopiero wojskowi, którzy wyłuskawszy wzrokiem moją jasną czuprynę, właśnie zmierzali w naszym kierunku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Była noc, staliśmy na skraju wsi, gdzie nie było elektryczności, a biała europejska głowa pojawiała się tak rzadko, że większość rodzin wyskoczyła z łóżek, żeby z zaciekawieniem obserwować wybryk natury na mojej potylicy. Było ich 3, zabrali moje dokumenty  i poszli na bok. Staliśmy tam wszyscy w ciemnościach, czekając na rozwój sytuacji, a mnie w tej chwili miejsce między beczką i medytującym na cały głos Birmańczykiem wydało się  przyjazne, przytulne i bezpieczne. Chciałam wejść jak najszybciej do tego turkoczącego i ledwo trzymającego się na kółkach żelistwa, zwanego autobusem i jechać dalej, odmierzając łyki wody. Oddali mi dokumenty i z powagą powiedzieli, że mam na siebie uważać. Poczułam ten strach, który czasem dopada mnie w podróży, że jednak nie jestem obywatelem świata, że na co mi to było, że lepiej siedzieć w ciepłym domku przy odkręconym kaloryferze, przeglądać street view w google i stawiać wodę na herbatę, gdy tylko mocniej zawieje za oknem. Przełknęłam resztki śliny i wróciłam do autobusu. Nasza nadzieja na spokojny sen ulotniła się wraz z ponownym włączeniem telewizora i nową porcją medytacji.

Jechaliśmy drogą, która nią nie była. Kierowca zmieniał biegi, szukając tego, który pomógłby nam wjechać na wzniesienie, układające nas praktycznie w pozycji prostopadłej. Wydawało mi się wtedy, że rajd autobusowy z szalonym hinduskim kierowcą to przy tym pikuś. Tonęliśmy w błocie kilkanaście razy. Pasażerowie wyskakiwali na pomoc kierowcy tak naturalnie, jakby to była kontrola biletów. Poddaliśmy się. Walczyliśmy do samego końca, ale 22h z huczącym guaranga  z telewizora załamałoby każdego. O ile łatwiej byłoby nie walczyć i zaakceptować fakt, że podróż będzie długa. Nie mieściło nam się to w głowach, a kryzysy jakie nas dopadały, obnażały nasze zamknięte widzenie świata.

P1010394

O 5 nad ranem żeliwna puszka wysypała nas na stację benzynową okraszoną krzesełkami rodem z przedszkola. Kolejny transport miał nas zabrać o 9. Co robić 4h na stacji po 22h w autobusie? Można chodzić i czerpać przyjemność z rozprostowanych nóg. Można jeść mandarynki, którymi hojnie obdarowywali nas miejscowi. Można medytować. Tak, tam też był telewizor. Właściciel długo nie pozwolił nam się nudzić bo ujrzawszy w swoich progach białych gości wygonił rodzinę z łóżek i zaprosił nas na swoje posłanie. Po pół godzinie negocjacji wiedzieliśmy, że nie ma sensu się opierać, bo gdybyśmy nie skorzystali z zaproszenia, byłoby to obrazą gospodarza. Byliśmy wyczerpani i marzyliśmy, żeby przyłożyć głowę do poduszki. Myli się jednak ten, kto pomyśli, że doznaliśmy ukojenia. Ubogie posłanie obfitowało w mieszkańców, którzy umilali nam czas. Leżałam sztywno bojąc się, że zagarnę nogą stworzenie, które patrzyło na mnie w ciemności. Nie mogłam spać ze świadomością, że teraz plastikowe krzesełka okupuje matka z dziećmi, byśmy mogli ulżyć swoim nogom. Nie mogłam spać ze strachu przed dreptającymi lśniącymi oczami. Nie mogłam spać, bo byłam tak wyczerpana.

O 8 wraz z całą ekipą obsługującą stację czekaliśmy na swój autobus, który tym razem miał jechać 2h. Podjechał tak przepełniony, że moja wizja zostania na stacji do śmierci zaczęła walić mnie po oczach. Ale nie, ciekawość i możliwość dotykania mojego wybryku natury na głowie wciągnęła mnie do autobusu przy pomocy kilkunastu par rąk. I cieszyłam się ze ścisku, który trzymał mnie i mój plecak w pozycji pionowej bo to już… 24h ? bez snu…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Są takie momenty w podróży, że niezależnie od tego, gdzie się znajdujesz, co jest w zasięgu Twojego wzroku i możliwości, jesteś tak wyczerpany, że jedyne o czym marzysz to pójść spać. Choćby tutaj na drodze, nie wiem, nawet w kuble na śmieci. Miałam taką chwilę w Bombaju i nie skorzystałam z możliwości zagrania w boolywodzkim filmie, bo jedyne czego chciałam to zamknąć oczy. I nie pomogły zapewnienia o gwiazdach na planie, o pysznym jedzeniu, ponagraniowej imprezie, olśniewających strojach, makijażu i błyskotkach. Zrezygnowałam z przygody życia na rzecz twardego łóżka i niedziałającego prysznica.  To wyczerpanie nie tylko fizyczne. To wyczerpanie mojego umysłu  całą ferią barw i dźwięków, to przegrzanie synaps z nadmiaru obrazów przelewających się przez głowę. To naginanie swoich stref komfortu by widzieć więcej, czuć mocniej, skosztować bardziej. Zanurzanie się w życiu tak innym od naszego, naciąganie, wtedy jeszcze mało elastycznych, ścięgien akceptacji do tego, co się wydarza, zmęczyło mnie drastycznie.

Okiem ociężałym od słońca i wlewającego się ponownie żaru w spragnione usta zerknęłam na najbliższe taksówki. Tak, wysiedliśmy z autobusu. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby naszym oczom ukazał się cel podróży. Przed nami 1,5h jazdy samochodem. Oddałabym wtedy każde pieniądze, jakich zażyczyłby sobie nasz wybawiciel. Ale byliśmy w Birmie. Tam ludzie są uczciwi, pomocni i chętni na wojaż z białogłową.

Nie spałam. Całą drogę pilnowałam, by nie patrzeć pod wiatr. Wymiotowałam tracąc resztki energii na to, by nie opluć moich współtowarzyszy. Nie wiem, może już wtedy się zaczęło. Zmęczenie przybrało formę niemówienia, niejedzenia, niereagowania. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że mogę umrzeć, nawet bym się nie żachnęła. Nie było już mnie stać na taki wysiłek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojeżdżamy. Ale nie, nie jest tak prosto. Jeszcze motoriksza. Trzeba złapać wolną, mieszczącą piątkę ludzi. Chyba wytrząsło ze mnie resztki człowieczeństwa. Byliście kiedyś tak zmęczeni, że bolało Was te kilka gramów skóry na policzkach, które musieliście nieść? Grawitacja jest bolesna, wierzcie mi.

Nie ma wolnych miejsc. Nie ma wolnych łóżek. Nie obchodziło mnie to. Dotarliśmy. Byliśmy nad morzem, na 15km plaży, więc nie mówcie mi, że nie będzie gdzie się położyć!

Nie wiem, jak długo spaliśmy. Wybraliśmy pierwszy wolny domek. Miał łóżko, ciepłą wodę i  taras, czego chcieć więcej? To więcej ukazało mi się parę dni później, kiedy zobaczyłam pokój naszych współtowarzyszek.  Ale kiedy umiera się ze zmęczenia – a jak się później okazuje nie tylko – to nie w głowie zielone herbatki, puchowe poduszki,  kolorowe dywaniki i piękne plecione krzesełka. Dla mnie szczytem luksusu była wtedy moskitiera rozwieszona nad łóżkiem, bawiąca moje oczy niczym baldachim z książęcej alkowy.

P1010466

Huraaaaa! Taka długa i szeroka plaża tylko dla nas. Kokosy, banany, owoce morza. Lśniące złote pagody na skałach. Woda wlewająca się do uszu, gardła i oczu. Uwielbiam leniuchowanie na ciepłym piasku po dniach intensywnego zwiedzania i eksplorowania kraju. Przy akompaniamencie fal można poukładać w głowie obrazy, jakie zebraliśmy przez ostatnie tygodnie. Można przeczytać książkę, zapisać parę refleksji. Zjeść kolację z nowo poznanymi ludźmi. Wypić zimnego Myanmara.

P1010451

To wtedy zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Nie miałam ochoty na zimne piwo w 40 stopniowym upale. Patrzyłam na roztapiającą się butelkę i czułam mdłości. Chwilę później pertraktowałam ze sobą czy zjeść uwielbiane przeze mnie noodle z kalmarami. Wtedy jeszcze śmialiśmy się, że muszę być chora. Wtedy 5 km spacer po plaży wydawał się jeszcze w zasięgu moich możliwości.

Godzinę później temperatura rozbijała moje czoło i policzki na części. Byłam chyba jedyną osobą na plaży, której doskwierało zimno. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a ja znów czułam zmęczenie. Było w nim jednak coś nowego, coś co budziło mój niepokój. Dreszcze nie pozwalały mi wygodnie leżeć, a ja zaczynałam być coraz bardziej przerażona. Robiłam w głowie szybki przegląd tego, co jadłam. Nic podejrzanego. Codziennie to samo. Mieliśmy zwyczajowo spotkać się przy zachodzie słońca i grzebać nogami w piasku. Nie miałam siły, ale czułam, że nie mogę zostać sama.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale Ty się zabezpieczasz przed komarami? – zapytała, a mnie zaswędziały ślady po ukąszeniach.  Nie, używałam Muggi w wyjątkowych sytuacjach. – To jest wyjątkowa sytuacja, jesteśmy na obszarze zagrożonym dengą!

Jezus Maria, ustrzec się przed polio, malarią, jelitówką, jeść prosto z ulicy w całej Azji i dać się dziabnąć nad morzem? Poczułam, że osuwam się w otchłań. Dowlokłam się pod moskitierę, szczelnie zasłoniłam i zaczęłam przeglądać adresy najbliższych ośrodków medycznych.  Objawy dengi pasowały jak ulał do mojego samopoczucia. 20%. 20% przypadków śmiertelnych. To dużo czy mało? Jakie to ma znaczenie, jeśli jesteś zdany na statystykę?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2 godziny później dostałam takiej gorączki, że poczułam że umieram. Mój mąż z właściwym sobie spokojem powtarzał, że do rana mi przejdzie. A ja w myślach analizowałam co muszę załatwić przed śmiercią. Mówi się, że kiedy myślisz, że umierasz przewija Ci się życie przed oczami. Mi się przewijał exel z tabelkami sprzedaży i kontaktami z pracy. Serio. Myślałam, do kogo napisać, żeby przekazać mu swoje zadania. Wierzyłam wtedy, że denga rozszarpuje moje ciało, a ja myślałam o pracy. Naprawdę byłam chora. Tyle, że nie na dengę.

Dwa dni później piliśmy zimnego Myanmara na plaży i planowaliśmy przedrzeć się na wyspę miłości, która migotała w słońcu każdego dnia.  Czytałam Wypalanie traw Jagielskiego i delektowałam się szumem morza. W ulubionej knajpce zamówiliśmy świeże kalmary z noodlami i śmialiśmy się z mojej dengi. Czułam jak się odprężam, a w moim krwiobiegu krążyła cisza. Szkoda tylko, że za 2 dni mieliśmy samolot do Bangkoku, a stamtąd do domu. Żałowałam, że nie dałam sobie szansy na 3 tygodniowe wakacje.

P1010465

Wiedziałam, że moja głowa potrzebuje oczyszczenia, że moje serce czeka na właściwie wartości, a umysł – odpowiednie priorytety. Moje widzenie świata przeszło wymagającą drogę od nagięcia swojej strefy komfortu po akceptację teraźniejszości takiej, jaka jest. O ile byłoby łatwiej w ten sposób zacząć podróż. W przyszłości miałam już nie popełnić tego błędu, o czym możecie przeczytać tu.

Tego dnia mieliśmy szczęście. Pod każdym kapslem czaiła się wygrana. Nasze śmiechy rozbrzmiewały coraz głośniej. Ciemniało. Rybacy kończyli pracę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 


Tagged as , , , ,



  • Stanisław Bińkiewicz

    Bardzo fajnie napisany artykuł, z narastającym napięciem. Lubię czytać takie treści, o życiu, pasjach. O takich życiowych wędrówkach. Bo życie to właśnie to ciągła wędrówka w nieznane. Polecam.

    • Marzena Kud

      Zgadzam się, życie to ciągła podróż, poniekąd tak traktuję tego bloga. Pozdrawiam!

  • Mówią, że podróże wzbogacają i rozwijają. Poszerzają horyzonty i zmieniają perspektywę. Twój wpis to potwierdza, ale ja przyznaję, że wybieram opcje z kaloryferem i nastawioną wodą na herbatę ;).

    • Marzena Kud

      Podróżować można i przy kaloryferze, wystarczy otwarty umysł:) Pozdrawiam!

  • Podróż z przygodami !

    • Marzena Kud

      O tak:)

  • bajka <3 piękny wyjazd zdecydowanie wzbogacił bagaż doświadczeń 🙂

    • Marzena Kud

      Ozłocił wręcz;p

  • Egzotyka funduje różne rewelacje 😉 Fajnie napisana relacja!

    • Marzena Kud

      Dzięki!

  • Dlatego też moje ulubione miejsce wakacyjne, to Włochy;). Po tych wakacjach, które opisałaś, to przydałoby się jeszcze ze 2 tygodnie wypocząć;))). A tak serio, to marzą mi się egzotyczne podróże. najbardziej chciałabym odwiedzić Japonię i Kubę.

    • Marzena Kud

      Dokładnie, po tym wszystkim to ja dopiero potrzebowałam urlopu;p Byliśmy na Kubie, wpis niebawem;p

  • Czytałam z zapartym tchem! Niesamowita historia!

    • Marzena Kud

      Dziękuję! I zgadzam się, była niesamowita;)

  • Świetnie zbudowane napięcie! Jeśli nie była to denga (na szczęście), to czym bym było choróbsko, które CIę dopadło?

    • Marzena Kud

      Dzięki! Do dzisiaj nie wiemy, może zmęczenie, przegrzanie, udar? Ja myślę, że moja głowa zachorowała od nadmiaru myśli i to był restart;)

  • Dorota Para

    Zazdroszczę takiej podróży 🙂

  • Super podróż. Bardzo …emocjonująco z lekkim napiciem napisane:D

    • Marzena Kud

      Może dlatego, że lubię czytać kryminały;)

  • Za każdym razem w Azji jak łapie mnie gorączka to prorokuje sobie dengę 😉 Ostatnio miałam podobnie w Laosie, w górach. Obudziałam się w nocy trzęsło mną masakrycznie, ale szczęśliwie to musiało być zwykłe przeziebienie. Zamiast muggi polecam moskilex ultra – ma lepsze stężenia deet i nie jest w kulce.

    • Dzięki! A wiesz, że Birmę wybraliśmy właśnie kosztem Laosu? Marzę, żeby go odwiedzić. Pozdrawiam!

      • Polecam Ci Laos. Jest naprawdę wspaniały. Podrzucam Ci link do kategorii u mnie 🙂 http://okiemmaleny.pl/category/azja/laos/ nowe posty się nadal tworzą, ale znajdziesz już część miejsc odwiedzonych i propozycje trasy na 26 dni, może się przyda. 🙂

  • o rany! ile przygód, emocji i przemyśleń! Szacun Marzena- ja bym chyba padła! Ale te widoki<3
    ps.To na co byłaś w końcu chora?

    • W końcu to nie wiem;) Stawiam na przegrzanie i zmęczenie:)

      • Najważniejsze że się pozbierałaś no i świetne fotki z wyjazdu nacykałaś 🙂

  • Współczuje choroby najważniejsze to przetrzymać 🙂 gratuluje wytrzymałości! P.S Piękna podróż zazdroszczę 😉

  • Biba Yuma

    Te emocje to chyba nie na moje nerwy 😂Wróciłabym siwa z takiej podróży…