Kawa

Written by on Sierpień 2, 2016

 

coffee-690054_1280

Uwielbiam kawę. Czarną, bez cukru i mleka. Parzoną, grubo mieloną. Przyjemny zapach kawy zawsze wprawia mnie w dobry nastrój. Kojarzy mi się z przyjemnością, chwilą wytchnienia, refleksją. Pewnie dlatego, że unikam picia kawy w biegu, w samochodzie. Traktuję jak rytuał i rezerwuję na spotkania, rozmowy, bycie ze sobą. Celebruję w ten sposób codzienność, która zaromatyzowana pachnącymi ziarenkami robi się jakaś taka milsza, pulchniejsza, miękka. Można powiedzieć, że łyk gorącej kawy amortyzuje wszystko co się właśnie wydarza. Niezależnie od tego, czy właśnie zasiadam z przyjaciółkami na tarasie i zapowiada nam się miły wieczór, czy podaje mi ją nieznajomy, któremu parę minut wcześniej wjechałam w samochód. Działa pokrzepiająco, kiedy mam przed sobą sporo zadań, relaksująco, kiedy mam je już za sobą, oczyszczająco, kiedy jedynym przedsięwzięciem na jakie się decyduję to podglądanie mrówek z moim dwuletnim towarzyszem. Rozpalająco, kiedy zaczynam od niej randkę. Choć mówią, że najpiękniejsze rumieńce maluje wino.

Budująco, kiedy wysiadasz po 13 godzinach w autobusie i przy minus pięć przedzierasz się do dworcowego baru, żeby napić się niedobrej kawy z plastikowego kubka. Ale zawsze kawy. Tym bardziej jeśli to Twoje urodziny a limit rarytasów wyczerpany podobnie jak Twoja twarz.

Ile to kaw załatwiło mi sesję. Poranki. Ten czas, kiedy jest się zbyt słabym, by żyć, zbyt myślącym, by spać. Wejdźcie na kawę – ile mi to zrobiło wieczorów. Przerwa na kawę w pracy – jedyna rzecz, która jest mnie w stanie od niej skutecznie na chwilę oderwać.

Lubię tę kawę. Tę wypijaną nieśpiesznie z przyjaciółmi w liżących spodek promieniach słońca. Parzącą gardło i języki o 6 rano na biwaku, konwulsyjnie przypominającą poprzedni wieczór. U babci na urodzinach, gdzie ku kawie musi być ciastko i w gratisie dostajemy sernik i makowiec. U cioci na niezapowiedzianej wizycie, kiedy robi Ci najlepsze latte i biegnie do sklepu po 6 rodzajów cukierków na wagę. W pracy o 14, bo wtedy najczęściej dopada nas zmęczenie. Pamiętam kawę, na którą zabrał nas przyjaciel w Kopenhadze. Byliśmy po paru dniach spędzonych na morzu i wybranie pieniędzy z bankomatu w pozycji stojącej graniczyło z cudem. Chwiejność w nogach a wtedy może i w głowie najlepiej opanować odrobiną kofeiny. A jak się okazuje może i absyntu. Taka kawa. Szybkie wzmocnienie i powrót na morze. Gdzie kawa ratuje nie tylko na nocnej wachcie, ale i rano, gdy sam na sam z morzem dostajesz specyficznej klaustrofobii, bo uwięziony ze swoimi myślami nie możesz zejść na ląd i rozproszyć umysłu.

Pamiętam mocną jak diabli Cubitę, wypijaną w ciemnych kawiarniach Santiago de Cuba, parującą w twarz jak wyzwanie. I szklankę zimnej wody na otrzeźwienie po upalnej dawce kofeiny. Pamiętam, że czas się wtedy naprawdę zatrzymał. Są takie kawy, których nie można wypić pomiędzy, mimochodem i w przelocie. Są takie kawy jak gwoździe, co wbijają Cię w stołek i trzymają tak ukrzyżowanego, aż nie poczujesz, że oto nowy Ty możesz wstać. I czasem to jest 5 minut, czasem ktoś mówi, że zamykają.

Są takie kawy, które pijam tylko z Mężem. I robię to niezmiennie od lat. I choć nasze zwyczaje musiały się trochę zmienić, a ja obecnie mogę pić tylko kawę zbożową to rytuał pozostał. I tak jak kiedyś co sobotę wychodziliśmy w południe do kawiarni i przegadywaliśmy cały tydzień przy parujących filiżankach, tak dzisiaj każdy wolny ranek spędzamy na przegadywaniu życia. Bo te kawy nie są o rachunkach i niepowieszonym praniu. One są o marzeniach, planach, emocjach, obejrzanych filmach, spotkanych ludziach. O nas, o tym, co się w nas zmienia, gdzie teraz patrzymy. I wiem jedno. Że dzięki tym litrom kawy, które niezmiennie od kilkunastu lat wypijamy, wciąż patrzymy sobie w oczy. Bo tak na co dzień to wiecie, patrzę, co by rosołu na kogoś nie wylać, żeby różowej skarpetki nie uprać z białą, żeby pamiętać o wizycie lekarskiej i rzucając przez ramię – kup maślankę-  patrzę na schody, które znów muszę umyć. A ja tak chcę choć 10 minut dziennie patrzeć w te oczy, co tyle ze mną widziały i jeszcze więcej nie widziały i żeby wciąż dla mnie tam było miejsce. Choć aktualnie trochę większa jestem;)


Tagged as , , , ,



  • Niewątpliwie kawa łączy ludzi, ułatwia nawiązywanie kontaktów i rozwiązywanie problemów. Usiąść przy niej i spokojnie porozmawiać zawsze jest przyjemnie. Mam swoje rytuały z koleżankami; konkretny dzień tygodnia, zawsze ten sam, ta sama kawa i plotki 🙂

    • Marzena Kud

      I to chyba jest najlepsze – rytuały, jakie wokół kawy się tworzą:)

  • Już jej nie piję, ale opisałaś to tak sugestywnie, że zatrzymałam się na chwilę i poczułam jej zapach… 🙂

    • Marzena Kud

      Póki co też się muszę samym zapachem sycić;)

  • Świetny tekst, szczególnie końcówka 🙂 Co do kawy to bardzo lubię i też najchętniej celebruję te momenty. To kawa zawsze o poranku na dobry początek dnia. Druga filiżanka to 30 minut przerwy od pracy, chwila wyciszenia i spokoju 🙂

    • Marzena Kud

      Być może to nie kofeina nas stawia na nogi, ale sam rytuał picia kawy:)

  • Kawa to jedna z tych przyjemności, których nie doświadczyłam. Sam zapach parzonej kawy przyprawia mnie o mdłości. Pięknie o niej piszesz i wyobrażam sobie, że moze być ona ważnym elementem poranka, dnia a nawet i życia 🙂 stawiam jednak na dobrą herbatę!

    • Marzena Kud

      Mimo wszystko potrafię sobie wyobrazić, w każdej ciąży zapach kawy gnał mnie do toalety;;)

  • Kocham celebrować picie kawy. Choć może brzmi to dziwnie, to kawę pijam tylko dwa razy dnia i w dokładnie określonych momentach. Nigdy w biegu. Nie lubię rozpuszczalnej (nawet nie staram się dodać tu określenia kawy). Nie dodaję cukru ani mleka. Wolę gołą. Bez dodatków i ozdobników. Najlepiej mocną z kwaskowatym posmakiem i naturalną pianką.

    • Lubimy tę samą kawę w takim razie;) Choć przyznam, że ja się staram unikać tej kwaskowatowości;)