Nie masz pecha, masz siebie.

Written by on Październik 5, 2016

astronauta

Jestem dość wrażliwa na słowa: mam pecha, nie udało się, zawsze mam pod górę, nic mi nie wychodzi. No samo nie wyjdzie. Bo życie to nie pestka rzucona na glebę i nie ma co czekać aż urośnie z niej baobab.

Budujemy sobie poczekalnię, w której siedzimy aż będziemy mieć więcej czasu, przychylne wiatry, aż schudniemy, aż zmądrzejemy, aż więcej zaczniemy zarabiać, aż będzie dobry moment. Też siedziałam w takiej poczekalni aż odkryłam, że w ogóle nie otwierają się w niej drzwi. Z właściwym sobie rozmachem wstałam, kopnęłam w nie mocno i wyszłam. Na zimno, na wiatr, na grad, na burzę. Czy wierzyłam w pecha? Nie. Wierzyłam, że jak mi zimno muszę się ubrać. I iść dalej. Idę tak już parę ładnych lat i czasem słońce, czasem deszcz, ale w trakcie wyprawy dorobiłam się i czapki i rękawiczek i parasola. I skórę mam twardszą i parę zmarszczek, bo kremów z filtrem nie używałam. I patrzę na siebie sprzed tych kilku lat i myślę sobie, że chyba byłam martwa. Spotykam czasem ludzi ze swoja poczekalnią przyczepioną do pleców jak muszla ślimaka i dziwię się, że wciąż powtarzają to samo – ja to mam pecha, nie to co Ty. I lepią te swoją chmurę gradową z przekonań, z wdruków i kodów w swej głowie jak to już z niego nic nie będzie. Bo lepsza praca to tylko po znajomościach, bo żeby gdzieś pojechać to trzeba mieć kupę kasy, a mąż to Ci się trafił dobry, mój mniej, ale przynajmniej mnie nie bije.

Jak siedzisz w poczekalni i nie masz odwagi wyjść w nieznane to możesz jeść to co Ci się trafi. Nie polujesz, nie wybierasz.

Odpowiedni moment. Tajemnicą poliszynela jest, że takowy nie istnieje. Na wyjście ze strefy komfortu nie ma odpowiedniego momentu,  bo na tym polega wyjście ze strefy komfortu  – nie czujesz się najlepiej i masz opory. I zawsze znajdą się myśli sabotujące Twój rozwój, Twój ruch ku przyszłości mówiące – tutaj przynajmniej wiesz jak jest, tutaj znasz każdy kąt i może nie jest najlepiej, ale piekiełko do którego masz mapę lepsze od nieba bez drogowskazu.

Rozwój boli. Zmiany bolą. Łatwiej zrzucić ciężar odpowiedzialności na ślepy los niż powiedzieć – nie chce mi się wstawać o 5 rano, żeby uczyć się angielskiego i znaleźć lepszą pracę. Nie chce mi się gotować jedzenia do pracy, by zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na weekendowy wyjazd. Nie chce mi się pracować nad relacją w domu bo mam opory przed mówieniem o swoich uczuciach.  Nie chce mi się iść pod wiatr, tak naprawdę to miło mi i przytulnie w tej mojej poczekalni. Wolę zaparzyć herbatę i patrzeć na rozkład jazdy. Może jakiś znajomy pomacha mi z pociągu a ja pomyślę – ten to ma szczęście.


Tagged as , , , ,



  • Mega dobry wpis! Aż mam ochotę zacząć jeszcze więcej działać 🙂 Wychodzenie z tej strefy komfortu jest cholernie trudne i zarezerwowane dla najsilniejszych i najwytrwalszych, chociaż moim zdaniem każdy powinien kiedyś chociaż raz wstać z tej przysłowiowej kanapy i zrobić coś szalonego. Wiesz, miałam ostatnio mnóstwo wątpliwości, czy dobrze wybrałam, bo wszyscy znajomi wiodą sobie spokojne życie, studiują, a ja mam wrażenie że idę pod prąd, czuję się trochę jak odrzutek. Ale ten wpis uświadomił mi, że do odważnych świat należy i że warto czasami wyjść poza schematy ustalane przez społeczeństwo. Dziękuję! 🙂

    • Marzena Kud/Fitspirit

      To ja dziękuję za Twój komentarz i podzielenie się refleksją:) Kiedyś miałam podobnie, czasem nachodziły mnie myśli – zostaw już to wszystko i siedź spokojnie przed telewizorem jak reszta. Jednak to zdecydowanie nie dla mnie. Pozdrawiam!

  • Zjawisko niestety powszechne. Do mnie jeszcze docierają narzekania nie tylko na pech, ale o zgrozo także na rząd (wiadomo, wszystkiemu wina Tuska), polskie przepisy, polskie sądownictwo itd. Łatwo nie jest, zawsze mogłoby być lepiej i warunki bardziej sprzyjające, ale dopóki nie weźmiemy życia w swoje ręce i najzwyczajniej w świecie nie zaczniemy pracować to samo nigdy się nie zrobi i żadne nawet najbardziej przyjazne przepisy nie zrobią z nas wartościowego i zadowolonego z siebie człowieka. Fajny artykuł!

    • Marzena Kud/Fitspirit

      Dziękuję! Trafna uwaga, a przecież są miejsca, gdzie polityka jeszcze bardziej wpływa na życie przeciętnego obywatela. Nasuwa mi się maksyma Gandhiego „Bądźcie zmianą, której chcecie” Pozdrawiam!

  • Również mam swoje strefy komfortu, które są obwarowane pewnymi warunkami (zrobię to, jak tamto), ale coraz częściej dominuje u mnie porzekadło: „Raz się żyje!”. Ogólnie widzę po sobie, że jestem dość zdecydowaną osobą i jak mówię, że chcę coś zrobić, to robię to, nawet ku zdumieniu znajomych. Coraz łatwiej mi opuszczać te strefy, bo widzę, że tak naprawdę to nie mam nic do stracenia. Chwytam dzień i pojawiające się okazje, przykładowo rok temu wyskoczyłam z dnia na dzień na piwo do Wiednia (bo znajomy miał do odsprzedania bilet) – wymagało to zmiany moich planów, ale nie zawahałam się!

    I nie prześladuje mnie zjawisko pecha – uznaję, że każdy jest kowalem swojego losu. Jeśli ktoś siedzi w domu i marzy o wyjściu na miasto, ale narzeka, że nie ma w co się ubrać, nie chce mu się robić makijażu, to jest po prostu ofiarą losu, a nie kowalem życia 🙂

    • Marzena Kud/Fitspirit

      Haha, rozbawiłaś mnie tą ofiarą losu, naprawdę w tej sytuacji chyba trafne określenie:) Na piwko do Wiednia też ciekawie, zawsze kojarzyło mi się z kawą wiedeńską:) Z Twojego komentarza wnioskuję, że bierzesz życie za rogi, tak trzymać!

  • Znam jedną osobę, która chyba od 12 lat non stop narzeka na swoją straszną, stresującą pracę i okropnego szefa. Jednak za każdym razem kiedy jej mówię, żeby coś z tym zrobiła, to słyszę, że łatwo mi mówić, bo znam dobrze angielski, a w takiej sytuacji, to zupełnie inna sprawa:)))))). Jeszcze mówi to takim tonem jak bym się z tą umiejętnością urodziła. A zapomina o ty, że ja kiedyś też miałam pracę i szefa, których nie znosiłam. Jednak zamiast marudzić, to w wieku 29 z okazji nadchodzących 30 urodzin postanowiłam diametralnie zmienić swoje życie. Zaczęłam myśleć nad tym co lubię, co sprawia mi przyjemność, a że zawsze uwielbiałam uczyć się języków obcych, to zapisałam się na filologię angielską. Zrobiłam dwie specjalizacje na raz, żeby mieć dwa zawody. Nieźle się napociłam kiedy musiałam zrobić 3 miesięczne praktyki w gimnazjum i liceum, a także w dwóch biurach tłumaczeń. Sporo stresu i zachodu kosztowało mnie zdobycie pierwszych własnych uczniów, a także podjęcie współpracy z prywatną szkołą. Nie przyszło mi to z łatwością, bo jestem zwykłą dziewczyną, a nie super mózgiem:). Jednak chęć zmiany życia na lepsze, na takie jakie ja sobie wymarzyłam było znacznie silniejsze. Także nie mam zrozumienia, ani nawet odrobiny współczucia dla tych wszystkich marud, które wolą trzymać się kurczowo swojego nieudanego życia, czy znienawidzonej pracy niż zdobyć się na wysiłek i trochę odwagi, żeby zawalczyć za siebie. A ostatnio bardzo zainteresowałam się zdrowym stylem życia oraz odżywianiem, więc zapisałam się do Akademii dietetyki, żeby poszerzyć wiedzę dla własnego użytku i żeby też to, o czym piszę na blogu było poparte moją rzeczywista wiedzą. I wszystko to robię jednocześnie pracując, także dla chcącego nic trudnego:).

    • Marzena Kud

      Wow, zaimponowałaś mi. A mnie się wydawało, że coś robię;) Twój komentarz bije na głowę mój artykuł;)