Przekleństwo świadomości

Written by on Wrzesień 7, 2016

cmentarz

Widzę ich codziennie. Z namaszczeniem omiatają marmurowego anioła, poprawiają kwiaty, wycierają ślady deszczu. Obejmują się w milczeniu. Wstydzę się, kiedy na mnie patrzą.  Żałuję, że wyszłam z domu, że mnie zobaczyli, że ostentacyjnie wytykam im  ból. Przysięgam już więcej nie wychodzić.

Ale muszę. I tak każdego dnia buszuję wśród palących się zniczy, obeschłych wieńców, milczących samotnych spojrzeń. Z nazwisk układam stos ludzkich biografii, czarno-białe zdjęcia dziobią moją pulsującą życiem krew. Spuszczam głowę ilekroć mijam kondukt, chowam się za drzewem przepraszając za różową sukienkę. Za pożółkłymi tujami chowam wystający kalafior i mięso na rosół. I tak ze dwa razy dziennie przepraszam że żyję. Ich wszystkim. Z wypolerowanymi posadzkami, z bluszczem upamiętniającym niepamięć, z liliami białymi jak trupie czoło. Uciszam syna szukającego jeża za śmietnikiem, pytającego za każdym razem co to jest, kiedy świeżo wykopana dziura  piłuje nasz wzrok.

Myśl o śmierci towarzyszyła mi zawsze. Już jako dziecko miewałam apokaliptyczne koszmary. Myśli o przemijaniu. O tym, że to wszystko szybko pędzi, a przecież dla dzieci tydzień to jak miesiąc. Pamiętam wizyty w hospicjum. Sztywne od wrażeń. Pamiętam, jak mówiła- chciałabym posiedzieć na tej ławce, o widzisz , za oknem. Pamiętam jak patrzyłam na jej głowę i myślałam, czy nie jest jej zimno. Poszłam na tę ławkę. Sama. Widziałam z niej okno pustego już pokoju.

Nie lubię martwych ptaków. Nie ma dnia, żebym jakiegoś nie spotkała na swojej drodze.  Wzdrygam się na sam widok leżącego bezwładnie dzioba kłującego moją radość codzienności. Nie ma wieczoru, bym nie dziękowała za to, że jestem. Tak chciałabym zasypiać z myślą o czerwonym lakierze do paznokci. Chciałabym żyć nie wiedząc o śmierci.

Chciałam zrobić doktorat. Z Umieranek Krystyny Lars. Melancholia jest w Tobie – mówił. Twoją wartością jest radość – mówił ktoś inny. Chciałabym żyć nie wiedząc, że umrę. Chciałabym żyć nie pamiętając karetek, strzykawek, ręczników napęczniałych krwią wyrzucanych po ciemku na śmietnik.

Ale mieszkam przy cmentarzu. Cmentarz jest moją jedyną drogą do miasta. Listopadowa zaduma pętli się na mojej szyi co dnia. Nie mogę narzekać na nieprzespaną noc widząc świeże maleńkie groby. Znów się spotykamy. Pcham wózek i mocniej ściskam rękę syna. Rumienię się ze wstydu. Znów wybucham im życiem w twarz.


Tagged as , , ,