Tarta

Written by on Czerwiec 6, 2016

alarm-clock-1303183_1280

Rozpakowywałam zakupy. Paprykę, pomidory, sałatę, ogórki, koperek i wszystko co tylko było czerwone, żółte, zielone i zmieściło się w koszu pod wózkiem.  Wtedy to zamarzyła mi się tarta z kiwi. Pamiętam doskonale bo noszę w sobie zdjęcie pysznego tortu owocowego, jaki zrobiła moja koleżanka ze studiów i do dziś widzę wszystkie detale – mały domek, biały płot, słońce ogrzewające jej nadgarstki, wiatr walczący z jej długą sukienką i białą polewę wysmarowaną plasterkami kiwi. No i jej zapraszający uśmiech pełen harmonii i szczęścia.

Tak mi smakowało to podgrzane promieniami sierpnia kiwi, to jej spełnione marzenie o pełnej rodzinie, białym płotku, dwóch kotach i rozbuchanej macierzyństwem kobiecości, że po dziś dzień zostaje we mnie ten obrazek jako afirmacja szczęścia i zachwytu życiem.

I to nie może być kiwi zmiksowane z jarmużem i ogórkiem albo nie daj Boże szpinakiem, co zdarza mi się w przypływie zmęczenia – ale kiwi dziarsko zatopione w czymś słodkim, co bezsprzecznie stoi w opozycji do moich bioder.

I tak rozpakowując te wszystkie zdrowe witaminy, czekające na swoją kolej w tygodniowym jadłospisie na lepsze samopoczucie, poczułam, że tego właśnie potrzebuję. Czym prędzej wyjęłam formę do tarty, wysmarowałam masłem, obsypałam tartą bułką (są lepsze sposoby) i położyłam na stole.

Wysmarowana blacha czekała.

Moja nieupieczona wyśniona tarta czekała.

Aż ugotuję wszystkie zdrowie obiady, pozmywam wszystkie naczynia, wypiorę wszystkie zasłony, wyprasuję wszystkie prześcieradła, skończę wszystkie kolumny w exelu, wyśnię całe zmęczenie, wrócę z pracy i znów nie znajdę miejsc do sprzątania, stron do czytania, filmów do oglądania, maili do odpisania.

I tak minęły 2 tygodnie. Mijałam tę swoją biedną tłustą tartę i nie miałam odwagi, żeby skrócić jej męki, umyć i schować do piekarnika.

I nie miałam siły, żeby wbić te parę jajek, dosypać mąki, roztopić masło i ugnieść ten maleńki wałeczek kruchego pomysłu.

Bo jak można tartę z kiwi robić, kiedy brudne okna czekają?

Jak można włączać piekarnik, kiedy raport ze sprzedaży wieje pustką?

Pałaszować ciasto na tarasie kiedy tyle trzeba jeszcze doumieć, doczytać, dopisać, dopowiedzieć?

Bo ciasto to się jada jak już wszystko porobione, pachnące, na swoim miejscu i można siąść i już tylko tę doskonałość celebrować.

Zaczęłam się śmiać.

Dzisiaj piekę regularnie. A regularność ta jest podyktowana nastrojem, chęcią, zdawkowym mrugnięciem na ziarna kawy i puste opakowanie po czekoladzie.

Już nie czekam na lepszy czas, odpowiednią chwilę, bo wiem, że najbardziej odpowiedni moment jest teraz. I wszyscy o tym wiemy, czytamy w mądrych poradnikach jak tańczyć w deszczu a nie przeczekiwać burzę (Gandhi), a wciąż potrzebujemy kaloszy.

Ile to mamy takich czekających rzeczy? Spotkanie z przyjacielem? Rozmowa z koleżanką z pracy? Wyjście na basen? Francuski kryminał czekający na wolny wieczór małżonków? Wino zakupione w Barcelonie? A może porcelanowa zastawa, którą dostaliśmy w prezencie ślubnym? Na co czeka? Na komunię?

A może wyszperany w antykwariacie przepis na birmańską sałatkę z zielonych pomidorów i orzechów? Szafran zakupiony na bożonarodzeniowym jarmarku nieużyty ani razu?

Nowa sukienka założona tylko  raz? Perfumy?

Domek na drzewie, który chciałeś zrobić swoim dzieciom?

Policzek Twojej żony, dłoń Twojego Męża.

Te wszystkie czekające sprawy.

Wiesz co? One nie czekają. One tykają.

 


Tagged as , ,



  • Cudne! Każde słowo w punkt! W strunę, która zagrała – musisz to zrobić dziś! Więc pędzę do moich spraw na „potem”, które nigdy dotąd nie doczekało się swojej kolejki 😉

    • Kasiu, jak Ty się tu dokopałaś?;) to chyba drugi wpis na tym blogu;p też mam sporo czekających spraw, ale staram się jednak głównie żyć w teraźniejszości;)